Przywykliśmy do narzekania na „dzisiejszą młodzież”, do której sporo osób zalicza także studentów. Ale jak wiadomo, ryba psuje się od głowy, a wykładowcy też nie są święci i popełniają sporo wykroczeń przeciwko bon tonowi.

Myślę, że postać wykładowcy – mistrza, mentora i niedoścignionego ideału to w dzisiejszych czasach trochę jak Yeti: każdy słyszał, nikt nie widział. Nie zrozumcie mnie źle. Na swojej drodze spotkałam wyjątkowych profesorów i żywię do nich ogromny szacunek. Spotkałam też wykładowców, których kultura osobista była daleka od ideału.

Protekcjonalny stosunek do studentów

Tyle się mówi o tym, że studenci traktują uczelnię jak przedłużenie szkoły średniej. Nic dziwnego, jeśli wykładowca traktuje żaków jak uczniaków. Zwracanie się do nich per „dzieci”, prowadzenie przez studia za rączkę i protekcjonalizm to nie są rzadkie zjawiska na polskich uczelniach. Podczas swoich warsztatów z młodzieżą licealną mam zwyczaj traktować ich jak młodych dorosłych – nawet nie mówię do nich per „ty”. I to zazwyczaj działa bardzo dobrze. Jeśli będę traktować jak dzieci ludzi, którzy za rok nabędą prawa do głosowania, to kiedy mają poczuć się odpowiedzialni? Dekadę później? Wykładowcy powinni traktować studentów jak całkowicie dorosłych ludzi, którzy przecież z własnej woli przyszli się kształcić.

Seksizm

Niewybredne uwagi na temat wyglądu studentek nie są wcale rzadkością. Wciąż też zdarzają się wykładowcy, którzy uważają, że kobiety przyszły na studia by „złapać męża”. Tak, w XXI wieku nadal niektórzy tak uważają. Zwykle osoby, które się tak zachowują, uważają się za bardzo dobrze wychowanych, konserwatywnych. Nie pamiętają jednak, że w kanonie zasad savoir-vivre nie ma obleśnych uwag odnoszących się do wyglądu, nie ma molestowania ani nie ma wyśmiewania.

Kiepski przykład dla studentów

Kiedyś pracowałam w bibliotece i bardzo zwracałam uwagę na to, by było tam cicho – w końcu to miejsce, gdzie ludzie przychodzą się pouczyć. Tymczasem zdarzali się wykładowcy, którzy bez żenady zasiadali w czytelni, wyjmowali telefon i po chwili rozlegało się gromkie „CZEŚĆ ZDZISIU, MAM JESZCZE ZAJĘCIA”. Jaki to jest wzór i przykład? Jak miałam zachować się wobec takiego łamania zasad i przede wszystkim wobec braku szacunku dla studentów? Z uśmiechem zwracałam uwagę, ale byłam za każdym razem zniesmaczona, zwłaszcza że robili to wciąż ci sami profesorowie.

Wykładowca w internecie

Oczywiście to zupełnie normalne, że wykładowca udziela się w mediach społecznościowych i nie ma w tym nic złego. Nie musi też wciąż trzymać się sztywno i nie pozwalać sobie na żadne żarty. Ale… co jakiś czas dobiegają nas wiadomości, że jakiś profesor podzielił się na Facebooku jakimiś skrajnie rasistowskimi lub homofobicznymi przemyśleniami. Zanim powiecie mi, że chcę ograniczać wolność słowa, przypomnę, że pracownik wyższej uczelni powinien wykazywać się umysłem bardziej otwartym niż pseudokibic. I że poglądy można mieć różne, ale od wykształconego człowieka, który ma wpływać na umysły innych, wymaga się pewnego poziomu intelektualnego.

Mam nadzieję, że nie spotkaliście zbyt wielu wykładowców, którym kultura osobista jest obca :)