Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że mama zawsze trzymała w słoju ciastka “dla gości”. Ci niespodziewani goście czasem wpadali – bo byli w pobliżu, bo mieli ochotę. Nikt w domu z tego powodu się nie denerwował, po prostu ot – ciocia wpadła na kawę. A jak jest z tym dziś?

Dawniej, jeszcze przed wojną, w domach obowiązywały pewne zasady co do wizyt. Niezapowiedziane można było składać w godzinach popołudniowych, po obiedzie. Wówczas damy zmieniały suknię na popołudniową właśnie (swoją drogą, piękny i kompletnie niepraktykowany dziś zwyczaj) i oczekiwały na ewentualnych gości. Zaznaczyć jednak trzeba, że wizyta “na herbatę” trwała maksymalnie pół godziny, a często wręcz kwadrans. Zatem nie było to wielogodzinne posiedzenie dezorganizujące gospodarzom cały dzień.

W okresie PRL wciąż stosunkowo niewiele rodzin mogło pochwalić się własnym telefonem, więc było zupełnie normalne, że wizyty zdarzały się bez zapowiedzi.

Dziś jednak zwykle nie wyobrażamy sobie wpaść do znajomych ot tak, z ulicy. Po pierwsze dlatego, że niemal każdy z nas ma telefon komórkowy, a najczęściej smartfon. Brak zapowiedzi swojej wizyty jest więc niezręcznością, bo przecież można spytać, czy możemy kogoś odwiedzić. Po drugie dziś żyjemy zupełnie inaczej. Jeszcze w okresie PRL było mniej więcej wiadomo, co kto kiedy robi. Po pracy wracało się do domu i zajmowało swoimi sprawami. Mało było rozrywek “na mieście”. A dziś? Każdy żyje inaczej. Ania po pracy lubi iść na zakupy do galerii handlowej. Jurek idzie na siłownię co drugi dzień. Iza obwozi swoją trójkę dzieci po zajęciach dodatkowych, a Karolina chodzi z psem na szkolenie z posłuszeństwa. I tak można by w nieskończoność. Do tego zaczęliśmy, mam wrażenie, że dużo bardziej niż kiedyś, traktować dom jak swój azyl. W którym chodzimy w ciepłej piżamie, grzejemy się pod kocykiem i oglądamy seriale. Już nie trzymamy też zazwyczaj ciastek dla gości, bo mamy koło domu sklep czynny do późna. Nie lubimy też ingerowania w nasz napięty grafik, a taka wizyta jest właśnie zaburzeniem planu.

Sama osobiście nie lubię wizyt bez zapowiedzi. Uważam, że w dobie telefonów komórkowych taka wizyta nie jest taktowna – chyba, że jest to wyjątkowa sytuacja LUB kiedy gospodarz sam mówi, że można do niego wpadać o każdej porze, gdyż to lubi.

Niemniej z pewnym rozrzewnieniem czytam o tych herbatkach i popołudniowych sukniach. O domach bardziej otwartych na gości. To taki relikt przeszłości. A może nie? Dajcie znać, jak jest u Was i czy odwiedzacie spontanicznie znajomych.